Command disabled: revisions

Witamy w Przyczółki

08 marca 2019. Kolejny piątkowy wieczór i kawałek nocy. Do tej pory z graczami nie byliśmy w tej części Barsawii. A stracić okazję do spojrzenia na Przyczółek i Parlainth… Trochę czasu spędziłem czytając Parlainth Box, Mgły Zdrady i Blood Wood i miałem mieszane uczucia. To znaczy Parlainth Box widać, że był pisany pod wpływem D&D i mocno trąci myszką, proponując pomysły, strachy, pułapki, potwory i skarby no jakby to powiedzieć… w niezbyt eleganckim, starym stylu. Blood Wood natomiast utwierdziło mnie, że ED jest bardzo mocno „obstawione” dobrymi dodatkami opisującymi rasy, kultury i nacje. Pobyt w Przyczółku był niezapomniany :)

12 Sollus 1508 TH, Przyczółek

Przyjemnie było w końcu poczuć ziemię pod swoimi stopami. Kilka ostatnich tygodni spędzili jako bagaż niesiony w potężnych pazurach chmuroptaka, który przemierzał wysoko nieboskłon ponad Barsawią. Z jednej strony to znacząco skróciło podróż, z drugiej - dla Dhalego i Gorta nie było zbyt przyjemne. Wylądowali dwie mile od linii szlaku, który jasną bielą wcinał się w zieleń stepu. Stary therański szlak, nosił teraz dziesiątki podróżnych zmierzających w stronę Przyczółka i Zapomnianego miasta. W oddali, na północy ciemniała linia gęstej dżungli otaczającej Parlainth. Otoczone lekka mgiełką, wznosiły się ponad bezmiarem drzew szare ruiny piramid. Widok robił wrażenie. Bardziej niż bielejące śniegiem na zachodzie szczyty masywu gór Kaukawskich. Z tak bliskiej odlegości wydawały się wyższe i bardziej surowe niż góry Throalskie.

Przedzierając się przez niskie zarośla i sztywną, stepową trawę, dotarli do szerokiego traktu. Marmurowe płyty, położone przesadnie równo błyszczały w południowym słońcu. Drganie powietrza sugerowało obecność ochronnej magii, jaką Theranie zwykle nakładali na istotne szlaki. Jej obecność po tylu wiekach była fenomenem samym w sobie. Nawet Pogrom nie naruszył zbytnio jej struktur.

Powietrze przenikał świergot ptaków i basowe bzyczenie rojów setek much, jakie towarzyszyły każdej karawanie. Smród końskiego potu ciągnął się aż do murów Przyczółka. Było upalnie i najlżejszy podmuch wiatru nie poruszał traw i zarośli otaczających trakt. Dwie solidne i wysokie wieże wznosiły się po obu stronach bram miasteczka. Mury były dość niskie, nie takie jak widzieli w Trójrzeczu, ale w zupełności chroniły przed szarżą orkowych nomadów. Bramy zachęcająco otwarte zaprowadziły ich na spory plac. Kurz wznosił się wysoko, kolorowy tłum kręcił się po placu na pozór bez celu, w zbędnym pośpiechu. Populacja miasta już na pierwszy rzut oka różniła się od tego, do czego przywykli w Wielkim Targu i Throalu. Było ty o wiele więcej ludzi, orków i elfów. Grupa orkowych jeźdźców szła pieszo, pokornie trzymając za wędzidła swoje wierzchowce, pokryte plamami potu. Trzy wozy, wypełnione niemożliwie wielką ilością worków, pakunków i paczek, zatrzymały się bezradnie na środku placu. Utknęły w tłumie, czym wzbudziły gniew krasnoludzkiego przewodnika. Górujący nad tłumem troll, najwyraźniej z ochrony karawany, starał się rozepchnąć przechodniów, by udrożnić przejście. Ponad dachami pierwszych, niskich domostw dostrzegli koronę wielkie baobabu ocieniającego kolejny plac i majestatyczne budowle po drugiej stronie miasta, z tej perspektywy położone wśród ruin Parlainth.

„Najlepsze jadło, chłodny napitek i wygodne łoże! To wszystko czeka na ciebie zdrożony wędrowcze w Dziedzictwie Loaka!” - darł się na skraju placu młody krasnolud. Dhali od razu do niego podszedł, czym wzbudził uśmiech na twarzy krótko ściętego, jasnowłosego krasnoluda. „Daleko to?” - zapytał. Młokos bezceremonialnie zdjął mu torbę, wziął plecak od Gorta i śmiało ruszył naprzód. „Całkiem blisko. Zapowiada się gorący dzień, a w Dziedzictwie mamy przyjemny chłód. Nie pożałujecie, nie ma wygodniejszej karczmy, może poza Niespokojnym Trollem. Ale w tej części Przyczółka, to najlepszy przybytek. Pójdę przodem.” Skręcili w lewo, w druga z bocznych ulic od placu przy bramie. Dhali obserwował niskie budynki po obu stronach ulicy. Drewniany płot odgradzał od piaszczystej drogi kompleks kilku połączonych budynków. Pod szerokim dachem stało kilka pustych wozów, gotowych do drogi, na placyku porośniętym mizerną trawą kilka koni usiłowało wyskubać resztki zieleni. Główny budynek miał szeroko otwarte wrota. Z ulicy widać było wiszące elementy uprzęży, deski, żerdzie i drewniane koła. Dhali zwrócił uwagę na słabo widoczny znak, wycięty na słupie przy bramie. Bezpieczne miejsce. Tak agenci Oka oznaczali punkty kontaktu i wymiany informacji. Dhali znał kilkanaście znaków, jakimi Oko Throalu informowało swoich agentów. Ucieszył się, gdy minąwszy zabudowania weszli w ślepy zaułek, na którego końcu czekała na nich trzypiętrowa karczma.

Wnętrze w istocie było chłodne, ciemne i przyjemne. Gort z ulgą przestał mrużyć oczy. Mimo kilkunastu dni spędzonych jako pakunek niesiony przez chmuroptaka, nie mógł przywyknąć do jasnego słońca i narzekał wieczorami na piekące oczy. W Dziedzictwie dwa długie drewniane stoły przecinały wskroś całą salę. Ławy dostawione do nich były w większości zajęte przez wielobarwne towarzystwo. Podeszli do kontuaru. Na marmurowym cokole, w kącie wnęki stała naturalnej wielkości rzeźba orkowego wojownika w dziwnej pozycji. Kiro podleciał do głowy posągu i zaczął w nią stukać. „Ej!” - wrzasnęła elfka stojąca za barem. „Sam się puknij w swój głupi łeb wietrzniaku! Łapy precz!” Kiro się zmitygował i odstąpił dolatując do przyjaciół za barem, „Dobrze dobrze, nie miałem złych zamiarów” - dodał. Ciemnowłosa dziewczyna spojrzała z góry na Gorta i Dhalego. „Jasne Każdy wietrzniak tak mówi. A wiadomo jakie one są! Każdy wietrzniak to złodziej! Co się tak gapicie?! Zamawiacie coś czy będzie tak stać do południa?” - nadal była zdenerwowana zachowaniem Mistrza Żywiołów. Zamówili posiłek i dosiedli się do grupki pięciorga krasnoludów. Gort włożył do sakiewki klucz od pokoju numer 13. Zapłacił z góry 40 srebrników za nocleg i jedzenie. Dania okazały się nad wyraz smaczne. Kiro opchał się pikantną zupą i gęstym piwem. Taka mieszanka szybko wzdęła brzuszek wietrzniaka. Ucieli sobie przyjemną rozmowę z drużyną adeptów ze Scythy. Przewodziła im Bafruki, młoda wojowniczka. Ale grupa nie była zgodna, ciągle sobie przerywali docinali i prześmiewali. Ksenomantka Yumura oberwała nawet koścmi po żeberkach, gdy wyraziła niepochlebne zdanie o inteligencji Malgrota, zapalczywego wojownika drużyny. Kompletu barwnej grupy dopełniali Lukdreda - łuczniczka, i Glavoli - adept złodziej. Bafruki nawet próbowała naciągnąć Gorta na Rytuał Awansu, ale throalczyk tak wywindował cenę, że scytyjka niechętnie musiała odpuścić.

Zasięgnęli języka u barmanki pytając o Hiermona. „Czarodziej mieszka na piętrze Zbrojowni Brenuli. Musicie iść w stronę tej wysokiej piramidy, Niespokojnego Trolla. Jak miniecie studnię i wielki plac, to drugi budynek po prawej, taki wysoki z białego marmuru. Na pewno nie przeoczycie.” Chwilę później wyszli na słoneczne podwórze i udali się w stronę górujących nad miastem budowli przy bramie Parlainth. Wokół placu ustawionych było kilkadziesiąt straganów. Tłum kupujących i zwykłych ciekawskich wypełniał plac. Ogromny baobab ocieniał studnię i kilka straganów szczęśliwców, którzy wystarczająco wcześnie rozłożyli swoje kramy. A może mieli wykupione miejsca na stałe? Dhali zastanawiał się nad ekonomią miasteczka. W koronie baobabu harcowało kilkanaście wietrzniaków, a pod samym drzewem zebrał się tłumek otaczający ciemnoskórą orczycę. Ta stanęła na niewielkiej skrzynce i głośno agitowała: „Nie możemy stać bezczynnie i patrzeć jak najeźdźca porywa naszych bliskich w niewolę, napada wioski i bezbronne osady bojąc się stanąć w otwartej walce! Tylko król Throalu miał odwagę zebrać swe siły i uderzyć na Theran! Reszta przywódców szcza po no nogach na sam widok behemota. Każdy dobry Barsawianin powinien wspierać z całych sił walkę o wolność!” Gort mruczał coś pod nosem uśmiechając się od ucha do ucha. Minęli wielką kamienicę ozdobioną napisem „Towarzystwo Importowo-Eksportowe Agramena” i zobaczyli opisywany prze elfkę budynek.

Zbrojownia Brenuli miała dwie kondygnacje. Parter wspierał się na cięzkich kolumnach i ocieniał szeroki ganek. Wysoka brama prowadziła do atrium wewnątrz. Słychać było miarowe uderzenia młota. Weszli do środka. Kamienne płyty tworzyły szarą mozaikę. Nieco drżały kiedy kowal opuszczał rytmicznie młot na kowadło i sypał iskrami na wszystkie strony. Wielkie palenisko buchało żarem i jarzyło się czerwienią drzewnego węgla. Młodzieniec odłożył narzędzie, wziął szczypce i przeniósł kawałek żelaza na rozgrzane węgle. Podszedł do misy, przemył twarz i ręce i wyszedł im na spotkanie. „Szukacie zapewne Brenuli? Szefowa pewnie jest w środku, miała niedawno gości..” - rzucił im na powitanie. Dhali zaczął tłumaczyć, że chodzi im o Hiermona. Odwrócili się słysząc dźwięczny, kobiecy głos. Brenula była wysoką kobietą, nawet jak na orczycę. Szczupła, ubrana w długą granatową suknię odsłaniającą silne, umieśnione choć smukłe ramiona. Włosy zaplecione w setki warkoczyków miała wysoko upięte w kok. Długą szyję ozdabiały złote łańcuszki. Nosiła mocny makijaż, podkreślający ciemny kolor jej oczu. Przyglądała się im obracając w palcach długi, oszlifowany kryształ górski, osadzony w srebrze i zawieszony na jednym z naszyjników.

Gdy się upewniła kim są, wysłuchała ich prośby o spotkanie z Hiermonem. Wszystko szło dobrze do chwili, gdy Kiro nie puścił głośnego bąka. Zupa i piwo niemiłosiernie doskwierały wietrzniakowi. Brenula aż pociemniała z oburzenia. Wyrzuciła ich precz nie chcąc słuchać żadnych tłumaczeń. Odeszli zrezygnowani, nie chcąc bardziej rozsierdzić właścicielki kuźni.

Podążali z powrotem w kierunku Dziedzictwa Loaka. Przechodząc w cieniu rozłożystego drzewa zauważyli, że miejsce orkowej agitatorki zajęła unosząca się w powietrzu wietrzniaczka. Dziewczyna ubrana była w czarną, skórzaną zbroję i krzyczała bez ładu i składu, przechwalając się jakich to stowrów nie ubiła w Parlainth. Wkrótce w jej kierunku poleciały ogryzki jabłek i gorsze rzeczy rzucane przez inne wietrzniaki ukryte w koronie drzewa. Dhali miał dziwne wrażenie, że ktoś ich śledzi. Z wysiłkiem zajrzał w astral i zaproponował by dyskretnie udali się nie do karczmy, a do Cleothy Płaskostopej. Wiedział, że agenci Oka mogą u niej szukać schronienia i zasięgać języka. Zauwazył też znak bezpiecznego miejsca gdy przechodzili obok wozowni, którą - jak się później okazało, zarzadzała Cleotha.

Kątem oka Dhali obserwował wietrzniaka. Ten przesiadywał na szerokim i słonecznym parapecie „Towarzystwa Importowo-Eksportowego Agramena”. Leciał jakiś czas za nimi, a potem zniknął w koronie drzewa. Nawet astralne spojrzenie Zwiadowcy niewiele tu pomogło. Korona wielkiego baobabu chroniła przed ciekawskimi oczami cały tuzin wietrzniaków, z których kilkoro zabawiało się w całkiem interesujący Dhalego sposób. Odpuścili sobie wyczekiwanie na szpiega i ruszyli do wozowni. Niestety Cleothy nie było na miejscu, a jeden z pracowników poinformował ich, że pewnie wróci późną nocą gdyż przesiaduje w Niespokojnym Trollu.

Od wozowni było już blisko do Dziedzictwa Loaka, postanowili więc wrócić, napchać brzuchy i pomyśleć co dalej. Popołudniowe słońce odbijało się refleksami od dachówek i polerowanych murów. W wąskiej uliczce, drogę zastąpiła im trollowa kobieta. Od razu wiedziała, że są adeptami. Próbowała ich gorąco przekonać do Prawego Zakonu Poszukiwaczy, któremu w Przyczółku patronował Torgak (i zapewne czerpał z tego kolosalne korzyści).

Gort nie mógł się pogodzić z porażką jaką odnieśli u Brenuli. Wypatrywał kogokolwiek budzącego zaufanie. Traf chciał, że zaczepił pewnego elfa. Jasnowłosy chudzielec w mig wysłuchał Throalczyka i zorientował się, że chodzi o najprostsze załatwienie spotkania ze znanym i cenionym w mieście czarodziejem Hiermonem. Zaproponował 300 srebrników za szybkie i sprawne załatwienie wizyty. „Połowa teraz, połowa po spotkaniu” - odparł Gort. „Oczywiście. Pójdźcie za mną.” - elf szybko wmieszał się w tłum, wiodąc ich na powrót przez targowisko, ku wielkiej piramidzie Niespokojnego Trolla. Minęli wielką kamienice Agramena i weszli w podcień. Zatrzymali się pod łukiem bramy wiodącej wgłąb atrium. Elf skinął im głową z uśmiechem i skierował się na schody na krużganku okalającym atrium. Czekali dłuższą chwilę. Gdy elf nie wracał, Dhali zniecierpliwiony poszedł za nim. Na schodach wiodących w górę nie było nikogo. Oszust dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Gort był rozsierdzony, a Kiro boleśne mu wypominał naiwność. Na te hałasy wkroczyła Brenula. „Czy ja wam wyraźnie nie powiedziałam, że macie się stąd wynosić?!” - poczerwieniała ze złości. Kiro odwrócił się i do niej podleciał. 'O nie! Ty się do mnie nawet nie zbliżaj!„ - zaczęła się opędzać rękoma jak od natrętnej osy. „Pani!” - przerwał jej Kiro. „Jestem Mistrzem Żywiołów VII Kręgu. Naprawdę wiele potrafię i moje usługi są cenione w Throalu. Wybacz afront, który ci uczyniłem, ale po tutejszej strawie, moje nieprzywykłe kiszki wymknęły się spod kontroli. Przepraszam. I oferuję cały dzień swoich usług u ciebie, jeśli wpuścisz nas do Hiermoa i umożliwisz wizytę!”.

Brenula zastanowiła się przez dłuższą chwilę. „W porzadku. To uczciwa propozycja” - rzuciła spojrzenia ponad głową wietrzniaka na Gorta i Dhalego. „Jutro stawisz się zaraz po śniadaniu. Jeden z moich czeladników, Urion, wskaże ci miejsce pracy i zakres zajęć. Zapewniam cię, że nudził się nie będziesz! A wy się przygotujcie, za chwilę spotkacie się z Hiermonem.” - powiedziała dobitnie i zaczęła wchodzić na piętro schodami wiądącymi do lokum czarodzieja. Kiro z wyższością spojrzał na przyjaciół i pofrunął w ślad za Brenulą.

Drewniane schody kończyły się sporą antresolą i pięknie rzeźbionymi, wysokimi drzwiami z ciemnego drewna. Podeszli, zapukali. Po dłuższej chwili usłyszeli szum wody, jakby ktoś skierował strumień z górnego piętra wprost pod drzwi. Coś mocno plusnęło i ucichło, ale chmura kurzu wystrzeliła szczeliną spod drzwi. Te bezgłośnie się otwarły. Czarodziej był człowiekiem na oko po sześćdziesiątce, a być może i dekadę starszym. Lekko ubrany w szaroniebieską tunikę, haftowaną bogato jak na maga, wspierał się na wysokim kosturze, a stopy miał odziane w lekkie, skórzane sandały. „Wejdźcie proszę, wejdźcie. Brenula mi już o was wspominała. Pozwólcie mi usiąść tylko w fotelu, a chętnie was wysłucham.” - obrócił się do nich plecami i szurając po podłodze poprowadził wąskim korytarzem w głąb komnat. Ściany zastawione były półkami pełnymi ksiąg, słojów, szkatułek, woreczków i pudeł wszelkiego rozmiaru, koloru i pochodzenia. Gdy Hiermon w końcu dotarł do swojego ulubionego fotela, wygodnie się w nim rozsiadł, zapalił fajkę i zaczął się przyglądać gościom spod krzaczastych brwi. „A więc? Co was do mnie sprowadza?”. Wówczas to Kiro przedstawił całą trójkę. Ze szczegółami wspomnieli kim są w Throalu i czegóż to nie dokonali dla króla Nedena podczas konfliktu z Therą. Mag słuchał ich uważnie, uśmiechając się i potakująco kiwając głową. Gort wówczas krótko opowiedział o zamachu na Bakari i stanie jej zdrowia, kończąc dodał: „Zatem wedle słów głosiciela Garlen, by uleczyć mą narzeczoną, niezbędnie potrzebujemy krwawego bluszczu. Jego liście muszą wejść w skład okładu na oczy. Szwagier mój, czarodziej Abgar Mizumi z domu Byrilah, wspominał nam, że wy panie Hiermonie, utrzymujecie kontakty z Dworem Elfów w Krwawej Puszczy i możecie owym bluszczem dysponować. Mówiąc wprost chcielibyśmy go od was kupić.” - zakończył jednym tchem.

Czarodziej przez dłuższą chwilę mierzył throalczyka badawczym wzrokiem. „To da się załatwić.” - odparł w końcu. „Chociaż krwawy bluszcz jest rośliną cenną dla obcych, a Krwawa Puszcza pilnie chroni swoich sekretów. Sam musiałem długo zabiegać i dołożyć starań, by jakiś czas temu uzyskać jego próbkę”. Gort z nadzieją spojrzał na maga. „Nie, nie dysponuję czymś takim obecnie.” - Hiermon pokręcił głową. „Ale być może ubilibyśmy wspólnie interes?” - zawiesił głos. „Otóż prowadziłem korespondencję ze Strażnikiem Krwi Takarisem, przybocznym królowej Alachii. Łaskawie zgodził się dostarczać mi próbek do mych badań. Jako, że goście z Krwawej Puszczy rzadko tu zaglądają, a i nie wszyscy są przychylni Takarisowi, po próbki muszę udawać sę sam. Moje stare kości nie wytrzymałyby takiej podróży, więc wysługuję się poleconymi kurierami. Proponuję więc umowę. Mam cenny dar dla Dworu Elfów do dostarczenia Takarisowi. Poślę was z nim. W zamian Strażnik Krwi da wam pnącza Krwawego Bluszczu. Tym, po waszym powrocie, podzielimy się po połowie. Co więcej, przygotuję z niego alchemiczny wyciąg, zachowujący jego lecznicze właściwości. W takiej formie łatwiej i bezpieczniej dostarczycie go uzdrowicielowi. Proponuję wam również podpisanie stosownej umowy i zawarcie Obietnicy Krwi. Umowa stoi?” Gort bez wahania zgodził się za siebie i przyjaciół. Hiermon szeroko uśmiechnął się. Rozmawiali jeszcze chwilę o plotkach z Throalu i o therańskiej okupacji, po czym Czarodziej ich pożegnał i umówił się na poranek dnia kolejnego.

13 Sollus 1508 TH, Przyczółek

Noc spędzili bezpiecznie w Dziedzictwie Loaka. Po porządnym śniadaniu (Kiro unikał tym razem wzdymających potraw), udali się czym prędzej do Hiermona. Mag powitał ich dobrym nastrojem. Rozłożył szeroki pergamin zapisany równymi, magicznymi runami i throalskimi glifami. „Oto i nasza umowa. Co do szczegółu, tak jak wczoraj to omówiliśmy. Każdy z niżej podpisanych zobowiązuje się do użycia swych talentów, by zrealizować cel owej umowy. Z mojej strony to przygotowanie i zabezpieczenie wyciągu alchemicznego.” Następnie złożyli indywidualnie przysięgę krwi wobec maga i podpisali kontrakt. „Oto i przesyłka, pamiętajcie, do rąk własnych Strażnika Takarisa. Ta szkatułka jest zabezpieczona zaklęciem przed niepowołanymi, ale i tak macie jej strzec jak oka w głowie. Zresztą. Macie też różdżkę” - tu położył na stole niewielką, ozdobioną ornamentami różdżkę - „to jest znak Takarisa, okażcie ją bezwzględnie strażnikom Puszczy inaczej narazicie się na poważne kłopoty i zapewne czeka was śmiertelne niebezpieczeństwo”. Dhali zagadnął wchodząc magowi w słowo: „A właśnie jakich niebezpieczeństw możemy oczekiwać?” Hiermon pogładził brodę i usiadł na fotelu. Celowo przeciągał milczenie nabijając cybuch fajki. „Cóż, adepci na waszych kręgach mogą stawić czoła niejednemu niebezpieczeństwu i pewien jestem, ze bez problemów dotrzecie do Takarisa. Jednakże w Puszczy bądźcie czujni. Puszcza jest bezlitosna i dba o swe tajemnice. Łatwo możecie zgubić drogę i błądzić tygodniami. Trujące pnącza, mięsożerne i drapieżne rośliny, jadowite węże i spaczone zwierzęta potrafią być groźne na równi horrorom. Do tego Krwawe Elfy stale patrolują granice swojej krainy. Wracając do umowy, jak zapisałem - krwawym bluszczem dzielimy się po połowie. Z waszej części przygotuję stosowny wyciąg jaki jest niezbędny uzdrowicielowi. Wierzę, że poradzicie sobie z tak prostą misją. Ale i tak bądźcie ostrożni. Krwawe Elfy są podstępne, ich logika jest spaczona a emocje trudno wyczytać z ich twarzy.” Wstał raźnie z fotela i odłożył fajkę. „Do zobaczenia wkrótce. Pewnie wrócicie za kilka tygodni, dbajcie o wierzchowce bo droga jest trudna.” - rzekł im na pożegnanie.

W atrium Zbrojowni spotkali pomocnika Brenuli. Ten zaprowadził Kiro do piwnic, gdzie na małego wietrzniaka czekała ogromna ilość kryształów wymagających regeneracji i naprawy. Kiro westchnął z żalem, licząc na ciekawsze zajęcie i większe wyzwanie, ale będąc słownym Mistrzem Żywiołów, ruszył do stolika z orichalkowymi kontenerkami i zaczął delikatnymi szczypcami przeglądać ziarna esencji…

Gort i Dhali wrócili do karczmy, by zregenerować trudy podróży i omówić plany czekającej ich wędrówki.

14 Sollus 1508 TH, Przyczółek

Przyczółek opuścili późnym przedpołudniem. Dhali zarządził by udali się powrotną drogą, w stronę jeziora Ban. Nadal czuł, że są obserwowani i wcale mu się to nie podobało. Po dwóch kwadransach, gdy odeszli od wrót na znaczną odległość, Kiro i Gort odłączyli się od Zwiadowcy skręcając na wschód przez porośnięte wysoką trawą i krzewami wzgórza. Dhali uparcie jednak szedł starą therańską drogą ignorując przyjaciół. Obserwował idące przed nim i za nim karawany z nadzieja, że wypatrzy szpiega. Nie mógł się pozbyć poczucia bycia śledzonym. W końcu dał za wygraną i szerokim łukiem odszedł w step dołączając pół godziny później do czekających druhów.

Wrócili do swych podstawowych sposobów podróży. Kiro rzucił zaklęcie, które przemieniło go w potężnego chmuroptaka. Chwycił człowieka i krasnoluda w pazury i wzbił się wysoko w niebo. Okrążył ruiny Parlainth, nie chcąc ryzykować przelotu nad spustoszonym miastem i poszybował prosto na zachód, w stronę Krwawej Puszczy.

Dopiero gdy słońce zaczęło się chylić nisko nad zachodnim horyzontem, chmuroptak zaczął zataczać kręgi nad leśnym przestworem ścielącym się pod nimi. Wypatrzył niewielką polanę i chwilę później na niej wylądował. Dhali czym prędzej pobiegł w krzaki, a Gort głośno ziewając przeciągał się i rozprostowywał obolałe kończyny. Kiro był wyczerpany. Czym prędzej się posilili i zajęli urządzaniem obozowiska. Mrok zaczynał gęstnieć, między koronami otaczających ich drzew niebo zmieniało swój kolor z ciemnoniebieskiego na granatowy. Gort przygotował niewielkie ognisko, które szybko zajęło się płomieniami. Kiro zabezpieczył otaczający ich teren zaklęciami i rozłożył wygodnie na posłaniu blisko ognia. Temperatura znacząco spadła, a las wypełnił się odgłosami nocnych zwierząt. Nic nie zapowiadało kłopotów, które zaczęły się chwilę przed północą.

15 Sollus 1508 TH, gdzieś w puszczy na zachód od Parlainth

Kilka błyskających różnokolorowym blaskiem ogników, spiralnymi kręgami zbliżało się do obozowiska. Dhali zbudził przyjaciół, całkowicie zaskoczony charakterem tych stworzeń. Nigdy czegoś podobnego wcześniej nie spotkali. Zaspany Kiro coś przypominał sobie o przedpogromowych eksperymentach magów z błędnymi ognikami ale żadnych sensownych wniosków wyciągnąć nie mógł. Stworzonka ewidentnie nie miały dobrych zamiarów i uciekały się do podłej magii, żeby im dokuczyć. Gort pamiętny przygód z Księżycowej Włóczni nie miał najmniejszego zamiaru wbiegać w polanę objętą zaklęciem wietrzniaka. Ogniki jednak lewitowały nad trawą i krzewami, nie wchodząc w interakcję z zaklęciem pułapki. Co więcej, zaczęły poczynać sobie coraz odważniej. Gdyby nie zaklęcia Kiro, kto wie jak cała ta historia by się skończyła. W efekcie nocny odpoczynek mieli z głowy. Kiro musiał ratować się eliksirem zdrowienia, by utrzymać się na nogach i pokonać ogniki, a Dhali otrzymał naprawdę paskudne rany.

kampania_2014/witamy_w_przyczolku.txt · ostatnio zmienione: 2019/05/16 13:44 przez gerion
[unknown link type]Do góry
Magus RPG